Godzina 4:09 rano. Pierwszy dzień świąt. Dotarłem właśnie do Medellin. Spędzę na dworcu kilka godzin, doświadczenia z Arequipy w Peru uświadomiły mi, że przed siódmą nie ma większego sensu się z niego ruszać. Super, akurat uda mi się nadrobić braki w blogopisarstwie. Weno przychodź… weno wzywam Cię!

 

W takich chwilach zawsze przypomina mi się prehistoryczna piosenka prastarego zespoły Hey – Teksański. „Gdyby chociaż mucha zjawiła się Mogłabym ją zabić, a później to opisać W moich słowach słoma czai się Nie znaczą nic.” Nic. W mojej głowie nic. A prznajmniej nic, z czego mógłbym sklecić jakiś przyzwoity tekst z wstępem, rozwinięciem i zakończeniem z przytupem. Nic to! Jakoś sobie poradzę. Na uszach reggaeton, darmowy prąd w gniazdku, jak będę miał szczęście to i jakąś restaurację mi otworzą za czas jakiś, napiję się tinto (sikowata ale budząca kawa za pińcset pesos) i przegryzę frijoles (fasola) z jajkiem sadzonym. O właśnie! Jedzenie! Temat ławy, prosty i przyjemny.

Jako, że już siedzę w dworcowej jadłodajni wpatrując się ślepym spojrzeniem w ladę i myśląc o frijoles wrzucę na ruszt ten właśnie temat. Jedzenie w Kolumbii. Nie jest aż tak złe, jak przedstawiali mi to dumni ze swoich specjałów Peruwiańczycy. Nie jest aż takie dobre, żebym mógł przestać wspomniać z rozrzewnieniem polskie pieczywo, ser biały, rzodkiewki, szczypiorki i inne sałaty. Wspominałem, że Kolumbia jest zielona. Zielona wszędzie do okoła, ale na pewno nie na talerzu. Kolumbijczycy uwielbiają mięso i kukurydzę, sałata jeśli już znajdzie się na talerzu to raczej jako wystrój. Jedna z bardziej ekskluzywnych sieciówek restauracyjnych nazywa się Andres Carnes de Res (czyli Wołowina Andresa), a inna, najpopularniejsza marka restauracji, do których zawsze trzeba odczekać swoje w kolejce do stolika, nosi nazwę Crepes & Waffles. Kilka razy zdarzyło mi się też iść z lokalsami coś przekąsić. W Cartagenie kiedy przy 40 stopniowym upale zaproponowałem lody moje towarzyszki grzecznie odmówiły i w zamian wzięły hamburgery z frytkami. Innego razu kiedy w Bogocie odwiedziliśmy wspomniane Crepes & Waffles, Amerykanka wzięła sałatkę z nota bene sałaty, pieczarek, awokado, pomidorów i kilku innych lekkich składników, Kolumbijka z kolei wzięła coś co również nosiło nazwę sałatki, bardziej jednak przypominało mi kluski z mięsem. Jedno z najbardziej znanych dań to Bandeja Paisa (talerz Paisy – mieszkańca Medellin i centralnego regionu Kolumbii). Talerz ta zawiera zwykle trzy rodzaje mięsa, ryż, fasolę, jajko sadzone, awokado i arepę i empanadę. Popularne przekąski to na przykład Bunuelos (które przypominają mi lekko słonawe i bardziej zbite pączki bez nadzienia), arepas (małe, grube tortille z mąki kukurydzianej) lub Papas Rellenas czyli pure z ziemniaka ulepione w kulkę i nadziane całym jajkiem na twardo… W Kolumbii wegetarianin lub weganin będzie miał ciężkie życie.

Leave a Reply