Wolontariat, na którym jest mi dane się znaleźć oferuje różnorakie formy zaangażowania. Chętne osoby mogą więc w wybrać program w zależności od swoich umiejętności i możliwości. Najpopularniejszy program to Special Care, o którym pisałem wcześniej, czyli praca w sierocińcach dla niepełnosprawnych i mocno upośledzonych dzieci. Kolejny program to Childcare, podczas którego żeńska cześć wolontariuszy odwiedza ośrodek dla wykorzystywanych dziewcząt. Miejsce, do którego tymczasowo trafiają młode dziewczyny, które z różnorakich dla własnego bezpieczeństwa nie powinny znajdować się gdzie indziej. Jest tam międzyinnymi czternastoletnia dziewczynka z rocznym dzieckiem. Wiem to tylko z opowieści, bo z oczywistych względów program ten przeznaczony jest jedynie dla kobiet. Faceci z kolei w ramach tego równoległego programu odwiedzają dom dziecka, w którym mniej więcej na 2 godziny muszą wcielić się w rolę męskiego autorytetu dla chmary dzieciaków w wieku od 2 do 15 lat. W ośrodku nie ma bowiem żadnych mężczyzn pośród kadry opiekunów. Programem, który chwilowo cieszy się niestety małym powodzeniem jest English Teaching Program, czyli nauczanie języka angielskiego ubogą młodzież w odległym miasteczku zwanym Nuevo Pachacutec. No właśnie. Pachacutec.

 

O ile w przypadku sierocińca i domu specjalnej opieki wiedziałem czego się spodziewać, o tyle pierwsza podróż do Pachacutec była dla mnie sporym zaskoczeniem. Trudno podać mi konkretne dane bo informacje od lokalsów różnią się znacznie od mocno ograniczonej i niepotwierdzonej wiedzy wujka google’a. Nie wiem więc czy żyje tam 160, 200 czy 500 tysięcy osób. Niezależnie jednak od tego jaka to liczba, ludzie Ci, żyją w okropnych warunkach w mieście zbudowanym na piasku. Miasto powstało (chyba) zaledwie dwadzieścia lat temu na pustynnych wzgórzach tuż przy oceanie. Zaludnione zostało głównie przez osoby ubogie, które nie stać było na życie w dużym mieście. Władze zgodziły się na darmowe zaludnienie tych terenów pozbywając się tym samym problemu ubogich i bezdomnych ze stolicy. Ludzie ci osiedlili więc tereny na których nie było dosłownie nic. Jeśli jednak samemu nie ma się nic… Mimo, że miasto znajduje się rzut beretem od oceanu, to jednak nikt tych plaż nie odwiedza. Może  to kwestia pory roku? Nie wiem. W Nuevo Pachacutec praktycznie wszystkie ‚domy’ to pozbijane z kilku desek chatki. Chatki, których na horyzoncie jest tysiące. Albo dziesiątki tysięcy. Bezkres. Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu. Ha! Mickiewicz miałby o czym pisać. Autobus, który wjeżdża do miasta jedzie jeszcze przez 15 minut, zanim dowiezie nas do szkoły (na szczęście zbudowanej z cegieł), a krajobraz prowizorycznych domków wydaje się nie mieć końca. Naturalnym problemem tego miasteczka, który poczułem zaraz po wyjściu z autobusu jest całkowity brak roślinności i wszechogarniający ziemia, piach i niesiony wiatrem pył. W mieście najbardziej deficytowym towarem jest woda, dlatego nie uświadczy się jej nigdzie w szkole, w tym w szkolnych ubikacjach. Aromat unoszący się w toaletach nie różnił się jednak niczym od tego, który pamiętam z wczesnych lat podstawówki. Dzieci lat osiemdziesiątych pamiętają 🙂 Kto by pomyślał, że kiblowe zapachy pozwolą mi odbyć podróż sentymentalną do lat młodzieńczych. Okazuje się też, że w języku angielskim jest specjalny zwrot na tak specyficzne miasteczko. Shantytown – a deprived area on the outskirts of a town consisting of large numbers of crude dwellings. Google tłumaczy to po prostu jako „podejrzane miasteczko”. O uczniach w Nuevo Pachacutec i autobusach, które dowożą nas do Nuevo Pachacutec napiszę w kolejnych postach, bo jest to temat na osobną historię. Tymczasem wrzucam poniżej kilka zdjęć piaskowej okolicy, oraz link do profilu Polaka, który w Peru ‚operuje’ już od  dłużego czasu i temat faweli zna z pierwszej ręki. Sam bowiem zdecydował się w nich zamieszkać.

Leave a Reply