Ajajajajajaj Puerto Rico! A dokładnie ajajajajajaj Medellin. Zapuściłem się nieco w swoim blogopisarstwie bo proza życia dopadła mnie. Ale nie bójta nic, nie sprzedałem duszy kolumbijskiemu korpo (Anna Biały, bądź ze nie dumna!), ani nie straciłem głowy dla kolumbijskiej piękności. Przynajmniej nie dla jednej konkretnej. Straciłem może po trochu dla wszystkich, ale nie o tym, nie o tym… w mojej intensywnej – szczególnie ostatnimi czasy podróży – postanowiłem zrobić przystanek na dłużej, bo najnormalniej w świecie znudziło mi się nieco skakanie z miejsca w miejsce i poznawanie ludzi na pięć minut.

 

Nigdy nie było moim celem zobaczenie jak najwięcej. Moim celem jest poznanie jak najwięcej. Jak najwięcej ludzi, zawarcie jak najwięcej znajomości, a realnie patrząc znajomości kilkudniowe kończą się kolejnym znajomym na Fejsie i być może możliwością uzyskania pomocy albo rady nigdy nie wiadomo kiedy, ale trudno zbudować w ten sposób jakieś przyjaźnie (co w naszym polskim języku jest szczególnie mocnym słowem, więc może raczej koleżeństwa). Po objechaniu wzdłuż i w szerz Zagłębia Kawowego – Eje Cafetro – postanowiłem osadzić się w jednym z miast, które do tej pory poznałem i wybór z wielu względów padł na Medellin. Wspaniałe jest to, że wybór padł akurat na miasto, które nieco ponad trzy miesiące temu wyzywałem od najgorszych i z którego pierzchłem zaledwie po dwóch dniach mojej pierwszej wizyty tutaj. Nie mógłbym więc być politykiem, bo opinia publiczna zarzucała by mi niewiarygodność i niesłowność do końca świata i jeden dzień dłużej, ale na szczęście politykiem nie jestem i mam ten luksus, że mogę zmieniać zdanie tyle razy ile mi się podoba, ha!

 

Okej, jako że postanowiłem zamieszkać w „mieście niekończącej się wiosny” musiałem również znaleźć jakąś robotę, która dostarczyłaby mi trochę PLNów, znaczy się pesosów, tak, żeby mój żywot trzpiota pędziwiatra zakończył się i rozpoczął się okres pozytywistycznej pracy u postaw. Los, a dokładnie rzecz biorąc moje niekończące się szczęście, chciało, że znalazłem pracę w całkiem tutaj popularnym instytucie języka angielskiego z siedzibami nie tylko w Kolumbii, ale również w innych krajach Ameryki Łacińskiej. Mogę zatem lansować się przed moimi znajomkami z Peru jaką to fajną robotę dostałem. I fajna jest rzeczywiście. Co prawda wracam po niej do domu wyrypany niezmiernie każdego dnia, dwa dni w tygodniu wstaję przed piątą rano, a głos od gadania bez przerwy osiem godzin zdartym mam jak stara płyta, ale i tak jestem wielce szczęśliwy. Zrozumiałem już czemu moja ciotka, która całe życie uczyła geografii w LO i całe życie narzekała jak to marnie płacą, jednocześnie za każdym razem po pracy wracała z uśmiechem do domu i w samych superlatywach przy obiadkach rodzinnych opowiadała się o swoich dzieciaczkach. Uczenie jest na prawdę spoko. Ma się rozumieć najbardziej spoko kiedy uczniowie kumają bazę, ale i wtedy kiedy w głowie pustka, jeśli uda się zaszczepić jakieś ziarno to radość jest wielka. Wielka jest też radość, kiedy po każdej lekcji uczniowie mówią mi „Gracias Profe!” albo „”Hey! Thank you teacher!” i przynajmniej raz dziennie słyszę, że to była najlepsza lekcja jaką mieli. A co! Pewnie, że się będę chwalił! W naszej kulturze nie wypada, ale mam to gdzieś, bo jestem teraz w innej więc będę się chwalił ile wlezie! Aaaa, i jeszcze się pożalę trochę, coś przecież zachowałem jednak w sercu coś z naszej tradycji. Otóż, mimo że praca męcząca i wypłata bardziej przypomina jałmużnę, niż pensję to i tak mam w niej coś czego nigdy nie doświadczyłem w mojej poprzedniej robocie. Szacunek i docenienie. Jak Boga kocham po każdej lekcji, każdy uczeń zawsze mi tu dziękuję. Przez 10 lat pracy w korpo nie wiem czy zliczyłbym na palcach jednej ręki sytuacje kiedy usłyszałem słowo pochwały „z góry”. Bierz pensję, a jak Ci się nie podoba to wypierdalaj. Hej, to nie moje! To cytat z jednego znanego mi CEO. Zresztą myślę, że w co drugiej większej firmie prezes używa podobnych środków motywacji personalnej.

 

Na koniec moich dzisiejszych wywodów chyba w nieco bardziej buńczucznym tonie niż zazwyczaj (zrzucam to na karb niewyspania) jeszcze jedna historyjka z ostatnich stron gazet w Kolumbii. Mianowicie CEO najważniejszego kolumbijskiego banku zrezygnował ostatnio ze stanowiska po tym jak jego kilkunastoletnia córka wysłała do niego list. List, w którym pisała jak bardzo martwi się o swojego tatę, jak bardzo za nim tęskni, jak bardzo boi się o jego zdrowie i jak bardzo chciała by spędzać z nim więcej czasu. List, który skłonił prezesa jednego z największych banków w Kolumbii do rezygnacji (kto zna hiszpański może przeczytać list tutaj. Realiści powiedzą zapewne, że tak się już nachapał, ze starczy mu do końca życia. Prawda. Prawdą jest też jednak, ze zrezygnować z takiej złotej klatki jest cholernie trudno. Złotej, a nawet srebrnej czy miedzianej. Jak zwykle nie mam wniosku, ani puenty. Ha! Nie tylko nie jestem politykiem, ale również nie jestem opiniotwórczym felietonistą! Jestem włóczykijem, który cholernie lubi pisać i dzielić się swoimi przemyśleniami. Jeśli macie jakąś opinię na temat tego co napisałem powyżej, to zapewniam, że każda z nich jest dobra, jeśli jest wasza. Własna 🙂 Amen!

Okej, chyba jestem jednak trochę Fejsbukowym kaznodzieją. Pozdro Polska!

Leave a Reply