Ayyyyy tyle się dzieje wokół mnie! Jeśli przypomnę sobie rok 2013, albo 2014 albo jedenasty… W zasadzie bez różnicy bo większość wyglądało dokładnie tak samo. Do mojej ucieczki od życia rozsądnego, poukładanego i dojrzałego zbierałem się od lat. Przez kilka lat chyba podświadomie, później już z coraz większą ekscytacją spoglądałem w odległe strony. W końcu los, Bóg i gwiazdy wysłuchały moich niemych krzyków i niewypowiedzianych próśb i ułatwiły mi decyzję aby ruszyć w świat daleki. I ani przez sekundę nie żałowałem tego kroku. Ale Career Break – przerwa w karierze – czyli oderwanie się od dotychczasowej pracy, stylu życia i opuszczenie rodziny i przyjaciół na nie wiadomo jak długo nie jest dla każdego.

 

Moja przygoda nie zawsze jest tak kolorowa jak fotki, które umieszczam na Fejsie. Nie zawsze jest tak namiętna jak piosenki, które pojawiają się na mojej tablicy. Wcale nie zawsze tak ekscytująca jak historie, które opisuję na blogu. Od ostatnich dwóch tygodni czuję się jak tytułowy bohater koreańskiego filmu Oldboy, który zamknięty w domowym więzieniu przez lata dzień w dzień wsuwał wyłącznie pierożki. Ja w ramach oszczędności od blisko dwóch tygodni codziennie wcinam empanady i arepy. A ograniczenia budżetowe to zaledwie jeden z wielu mankamentów oderwania się od korpo i pracy na etacie. Choćbym miał jednak zamienić empanady na okruszki, a okruszki na paznokcie nie wrócę do Polski jeszcze długo. Lodowata woda pod prysznicem każdego dnia i spuszczanie wody w toalecie wodą z pralki w ramach oszczędności nie jest dla mnie problemem. Wiem na co się decydowałem i takie rzeczy tylko bardziej mnie rajcują. Ale wszystkim osobom, które piszą do mnie i mówią, jak bardzo mi zazdroszczą muszę powiedzieć, że moja obecna przygoda jest alternatywą, ale nie rajem. Póki co nie było jeszcze konieczności, żebym skrobał kible i prał cudze gacie, ale wcale nie wykluczone, że wkrótce będzie mi dane zaznać uroków takiej również pracy. Wróć. Gacie prałem kilka tygodni temu w ramach wolontariatu w domu samotnych staruszek. To do czego zmierzam to jedna ze starych jak świat prawd – decydując się na coś jednocześnie musisz zrezygnować z czegoś innego. Zrezygnowałem ze stałej pensji, wygodnego mieszkania, etatu, bliskiego kontaktu z rodziną, komfortu spokojnej codzienności. W zamian za to dostaję każdego dnia całą serię innych rzeczy. Poniżej więc trochę więcej o tym.

Podróże kształcą.

Trzydzieści cztery lata na karku, a sięgam po frazesy rodem z pamiętnika nastolatki. Ale co mam poradzić. Na prawdę każdego dnia mam wrażenie, że uczę się czegoś nowego. Nie są to niestety kompetencje, które spowodują że moje CV po powrocie do kraju będzie błyszczeć pośród innych światłem jasnym jak gwiazda zaranna. Czuję jednak, że są to rzeczy, które pozwolą mi lepiej przeżyć moje życie, docenić je i wyciągnąć z każdego dnia więcej radości. O wilku mowa. Kolumbia w tym roku określona została po raz kolejny najszczęśliwszym krajem świata według jego mieszkańców. 87% ankietowanych określiło się szczęśliwymi, a zaledwie 2% powiedziało, że brak im szczęścia w życiu. Kolumbijczycy potrafią cieszyć się z rzeczy prostych, rodzina jest dla nich wartością najważniejszą, a pierdołom takim jak korek, kolejka, czy to, że ktoś stanie im na stopie w autobusie albo zajedzie drogę samochodem poświęcają tyle uwagi ile pierdołom przysługiwać powinno. Czyli nic. To że umieją cieszyć się z życia, nie oznacza oczywiście, że są święci. Diabeł za pazuchą siedzi u nie jednego z nich. Jednak pomimo mniejszych lub większych grzeszków i jak powiedział mi jeden Kolumbijczyk, pomimo tańczenia salsy na granicy legalności i nielegalności, wciąż pod koniec dnia razem ze swoimi rodzinami cieszą się z przeżycia kolejnego udanego dnia. Tak przynajmniej ich odbieram po blisko dwóch miesiącach mieszkania w tym kraju i poznawania tylu Kolumbijczyków ilu tylko się da.

Podróże kształcą. Oj tak. Podróż daje mi lekcje, które odrobić muszę samemu i które czasem dotkliwie odczuwam na własnej skórze. Tak jak ostatnio, kiedy w idiotyczny sposób dałem się wkręcić w konflikt z dwudziestolatkiem, w wyniku czego dwa dni przed Sylwestrem musiałem opuścić dom wielkiego brata i wylądowałem na bruku. Tydzień wcześniej pracowałem z bezdomnymi, chwilę później sam stałem się bezdomny. Och ironio losu! A wszystko jak zwykle przez męskie ego. Gdybym był w stanie ugiąć kark i zacisnąć zęby do 9 stycznia kiedy oficjalnie zakończyć miał się mój program. Tak, mam trzydzieści cztery lata na karku ale jeszcze wiele, wiele do nauczenia. Ale, ale, ale… kolejna prawda, którą wyczytałem nie pamiętam gdzie, autorstwa nie pamiętam kogo brzmiała mniej więcej tak: jeśli życie zamyka przed Tobą jedne drzwi, jednocześnie otwiera Ci kilka innych. Wykopanie mnie z domu, kosztowało mnie wprawdzie garść PLNów, których nie odzyskam i dziesięciokrotnie więcej dumy. Tą jednak rychło odbuduję. Incydent ten przyniósł jednak (jak zwykle) o wiele więcej dobrego niż złego. W momencie kiedy stałem się tymczasowo bezdomny tyle osób tu na miejscu wyciągnęło do mnie rękę i tyle osób zaproponowało pomoc w poszukiwaniu pracy lub innego wolontariatu, że na prawdę przerosło to moje najśmielsze oczekiwania. Na chwilę obecną moja sytuacja wygląda tak, że do 25 stycznia waletuję u jednego amigo z Bogoty, który bezterminowo zaoferował mi nocleg w swoim mieszkaniu, później na kilka tygodni jadę do Apartado, w którym uczył będę angielskiego mieszkając z kolumbijską rodziną i chłonąc kolumbijski styl życia z dala od wielkich miast. Co będę robił wcześniej? Nie do końca wiem. Co będę robił później? Zupełnie nie wiem. Ale pomimo tego jestem mimo wszystko bardzo spokojny. Codziennie pojawiają się przede mną nowe możliwości, okoliczności i nieprzewidziane zdarzenia, które naprowadzają mnie na kolejne ścieżki. Sam jestem zaskoczony tym co piszę, ale czuję się o wiele bardziej spokojny niż wtedy kiedy mieszkałem w swoim przytulnym mieszkaniu w Krakowie otoczony rodziną, przyjaciółmi i stabilną pracą. Dziś mijają równe cztery miesiące odkąd dotarłem do Ameryki Łacińskiej. Dziś czuję, że moja przygoda z Ameryką Łacińską dopiero się zaczyna.

Leave a Reply