Z końca świata słów kila zamieszam tu. Może żeby było sprawniej, korporacyjnym zwyczajem najważniejsze rzeczy spiszę w punktach, które i tak nie-korporacyjnym zwyczajem będą mocno rozwlekłe i rozlazłe. Przeto:

WOLONTARIUSZE:

Fakt, że za wybrany przeze mnie wolontariat się płaci (niewiele, biorąc pod uwagę, że zapewniony mam wikt i opierunek, ale wciąż) powoduje, że jest on jednak wybierany przez ludzi z krajów pierwszego świata. Oznacza to, że 90% dzieciaków tutaj (średnia wieku 18-25) pochodzi ze Stanów, Kanady, Australii czy Nowej Zelandii. W 90% są też to dziewczyny (facetów razem ze mną jest trzech). Fakt tego, że osoby te pochodzą z bogatych sąsiedztw (każdy z amerykanów ma ajfona 6tkę) uzasadnia te wszystkie ostrzeżenia na temat bezpieczeństwa jakich naczytałem się przed wyjazdem. Są po prostu tak uroczo nieświadome, że aż proszą się żeby je okraść. Szczebioczą w zatłoczonych autobusach, a z kieszeni ich bluz z kapturem z nazwą koledżu wystają smartfony, które można wyciągnąć jednym palcem. Wszędzie jeżdżą taksówkami i boją zapuścić się dalej niż 100 metrów od domu. Co drugie zdanie jakie wypowiadają to ‚Are you excited about …’ w miejsce kropek wstawić cokolwiek. „I am going to park now. – Oh, are you excited about that?” „I am going for a run now. – Cool, are you excited about that?” Czekam, aż zapytają się mnie czy jestem podekscytowany tym, że idę do toalety postawić klocka. Ich radość i entuzjazm jest tak przerysowany, że aż irytujący. Większość czasu czuję się jakbym znajdował się w jakimś amerykańskim serialu dla nastolatków. Z drugiej strony – nie można im mieć tego za złe. Wychowały się w totalnie innej rzeczywistości, a fakt że tu przyjechały i tak świadczy o nich całkiem nieźle.

OKOLICA:

Cóż, nie jest to Ameryka Południowa jaką można wyobrażać sobie siedząc nad Wisłą. Miasto jest przeogromne (choć zobaczyłem zalewie jego promil), zanieczyszczone i każda z tysiąca ulic, skrzyżowań, mikro parków i sklepików wygląda identycznie. Trochę jak Kambodża tylko z chłodniejszym klimatem i bez tuk-tuków i motorynek. Pierwszego dnia taksówką odwiedziliśmy bogatą dzielnię Miraflores, która znajduje się jakieś 10km stąd i rzeczywiście standard życia wygląda tam zupełnie inaczej. Nie jest to europejski high life, ale jak na kryteria kraju trzeciego świata – na bogato. W moją dzielnię za bardzo się jeszcze nie zapuszczam. Zrobiłem wczoraj rekonesans wzdłuż jednej ulicy i kilku większych przecznic, ale ponieważ nikomu nie chciało się ruszyć tyłka ze mną nie zagłębiałem się sam za daleko. Ocean jest ponoć 20 minut piechotą od mojego domu, ale wszyscy powtarzają, że jest tam niebezpieczenie więc nikt nie chce się tam ze mną iść. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być niebezpieczeni o godzinie 15tej, bez telefonu w kieszeni, idąc w towarzystwie innego grino, przerastając o głowę większość męskiej populacji tutaj, no ale cóż. Może z czasem uda mi się przekonać innych chłopów do wyjścia z domu.

LOKALSI:

Wiele powiedzieć nie mogę póki co bo poznałem dopiero Tifany (przez jedno F), która jest koordynatorką naszego projektu i kilka osób w sierocińcach. No właśnie – Tifany. To jest chyba kompleks krajów trzeciego świata Ameryki Południowej, aby nazywać swoje dzieci tak durnymi amerykańskimi imionami. Dziewczyna, która wygląda jak indianka wyciągnięta z amazońskiej dżungli nosząca imię Tifany. W sierocińcu dzieciak o imieniu John i Eric. Zabawne jest również to, że pytają mnie na przykład w jakim języku mówi się w Polsce i czy jest to angielski, albo nazwę Polski wymawiają jako Polandia, a jednocześnie kojarzą, że z mojego kraju pochodzi Podolski i Lewandowski.

DZIECIAKI:

Sierocińce, w których pracujemy jak można się było domyślać nie są miejscem dla osób z nadmiernym poziomem wrażliwości. Dzieciaki w sierocińcach zazwyczaj nie mają lekkiego życia, ale te tutaj mają dość mocno przejebane. W sierocińcu jest ich około 110 i 90 procent z nich ma stopień niepełnosprawności uniemożliwiający komunikację z nimi. Wszystkie dzieciaki są w podobnym stopniu niepełnosprawne, każdy jednak ma swoje specyficzne zachowania, które go wyróżniają. Eric bez przerwy biega. Bez przerwy. Zatrzymuje się tylko po to, żeby podnieść coś z ziemi i włożyć coś do buzi. Będąc z nim na spacerze dwie osoby muszą bez przerwy mieć go na oku, żeby nie wbiegł na jezdnię, albo nie podniósł z ziemi psiej kupy. Sekunda nieuwagi i na pewno stanie się jedna z powyższych rzeczy. Chłopak na oko ma 8 lat. Zero kontaktu. Ronaldinho trafił do sierocińca wczoraj, czyli dzień po mnie. Jest niewidomy, mały jak 5 latek choć lat ma dwa razy tyle. Siedzi na wózku i wygląda jak małpka na baterie. Bez przerwy klaszcze w ręce kiwa się na boki i trzęsie głową. Dziś na terapii zajęciowej razem z psychologiem sprawdzaliśmy jego reakcję na różne bodźce. Okazało się że po położeniu go na hamaku i przy intensywnym huśtaniu zaczął śmiać się jak dziki. Pierwszy mały sukces. Pierwszy raz udało się go rozbawić odkąd się tu znalazł. No i to są właśnie te spoko rzeczy, po których wszyscy, którzy trafią w takie miejsce czują, że to jest miejsce w którym powinni się znaleźć. A to dopiero dwójka z ponad setki. I jestem tu dopiero dwa dni. Jest dziewczynka, która podchodzi do wszystkich i wszystkim każe się obejmować. Bez przerwy. Zbiera ludzi w koło i każe się wszystkim na raz ściskać. Jest inna, którą nazywają ‚monkey’. Nie bez powodu. Jest rozmiarów małej małpki i jeśli się zagapisz wchodzi na ciebie jak na drzewo i zawiesza się tak, że trzeba ją z siebie odrywać. Smutne jest to że wszystkie te dzieciaki zdają się nie mieć pojęcia co się w okół nich dzieje, są jak we mgle, w innym świecie. Są też smutniejsze przypadki. Jest dziewczynka, poskręcana jak cała reszta, ale jako nieliczna kuma wszystko co się do niej mówi i jest stanie odpowiedzieć. To jest chyba najgorsze. Znaleźć się w miejscu gdzie wszyscy są odklejeni od rzeczywistości, a ty jedna jesteś ‚normalna’.
Z tymi dzieciakami mamy do czynienia rano, po południu dwa razy w tygodniu chodzimy z kolei do normalnego sierocińca. Dla wolontariuszy to już jest pozornie czysta przyjemność. Stado dzieciaków, które obłapuje Cię z każdej strony, z którym możesz porozmawiać, możesz się pobawić. Jedyny problem jest taki, że kiedy przychodzi czas wyjścia dzieciaki nie chcą Cię stamtąd wypuścić. Nie są to miejsca dla osób za bardzo wrażliwych. Jeśli jednak wyłączy się emocje, albo przynajmniej włączy pewien filtr, to na prawdę można zrobić tu trochę dobrego i zyskać też sporo samemu.

Leave a Reply