Viewing posts categorised under: Peru

Tak jak miło mi, że wielu z was ma dobre mniemanie w temacie mojej pracy wolontariusza, tak mam głęboką świadomość tego, że to mniemanie jest w dużej mierze niezasłużone. Ostatnie dwa tygodnie, które spędziłem na wolontariacie związanym z trzęsieniem ziemi, może i przyniosły jakieś wymierne efekty, ale między Bogiem, a prawdą kosztowały mnie tyle wysiłku ile przeciętnego amatora cross-fitu wycieczka do fitness klubu. Trochę potu, trochę zakwasów. Tożem się narobił.

Prawdziwymi aniołami są jednak ludzie, których poznałem w Limie rok temu i których teraz przy finiszu tego etapu mojej wyprawy ponownie odwiedziłem. Mowa o pracownikach sierocińca dla dzieci z głębokim stopniem upośledzenia fizycznego i psychicznego. Ludzie, którzy dzień w dzień wykonują tą samą pracę, z takim samym poświęceniem nie zważając na brak choćby cienia nadziei na poprawienie sytuacji dzieciaków. Fajnie pracuje się fizycznie kiedy rano podchodzisz z łopatą i nie ma dziury, a odchodząc po południu dziura jest. Jest pień który trzeba usunąć. Rach i ciach, pnia nie ma. Ściana wymalowana. Szałas postawiony. Prodżekt Realajzd. KPI odfajkowane. Checked!

20150925_100144

Tylko, że tutaj w sierocińcu sytuacja, która mnie zastała po roku jest identyczna jak ta rok temu. Żadne z dzieci w magiczny sposób nie ozdrowieje. Jedyne wyznaczniki sukcesu pracy tutejszych Aniołów to to czy dane dziecko uśmiechnie się dziś czy nie. Czy jego niewidzące spojrzenie pod wpływem bodźca skieruje się na chwile w stronę opiekuna czy nie.

Ech, przeczytałem właśnie mój pierwszy tekst, który napisałem na blogu rok temu. Chyba odrobinę bardziej grubo ciosany niż jestem dziś, ale do rzeczy i niestety niezmiennie - na czasie. Zapraszam do zapoznania się z początkiem mojej historii tutaj >>>

Jeśli czyjaś praca zasługuje na wyróżnienie to właśnie takich osób jak pracownicy domu dziecka w Limie. Psychologowie, rehabilitanci, pielęgniarki. Osoby, które z syzyfowym uporem dzień za dniem prą do przodu troszcząc się o tych, o których nikt nie pamięta.

AKTUALIZACJA:

Teraz mieszkając w Medellin od kilku miesięcy ponownie zaangażowałem się w pracę jednej fundacji o nazwie Cuerditas de AmorSzczęśliwie się składa, że praca którą znalazłem daje mi bardzo dużą swobodę mogę więc zaangażować się w inne rzeczy jednocześnie w tym właśnie w pomoc tej fundacji.  Jeśli ktoś z was będzie odwiedzał kiedyś Medellin i będzie dysponował wolnym czasem gorąco was zachęcam do odwiedzenia wraz ze mną dzieciaków z Tricentenario i opowiedzenia wam czegoś o sobie i o waszym świecie. Zapewniam, że będą słuchały z wypiekami, a ciekawość świata którą w nich zasadzicie może kiedyś zakiełkuje.

Read more

Gdzieś Ty chłopie był?

Od dłuższego czasu na tym blogu nie pojawiały się nowe artykuły. Nie jest to związane ani z tym, że zapadłem się pod ziemię, ani z tym, że zabrakło mi weny, ani z tym, że przestało mi się chcieć. Przeciwnie! Chce mi się coraz bardziej i coraz więcej! Pisanie, a raczej przekazywanie informacji, wrażeń i doświadczeń z mojej podróży to coś co sprawia mi cholerną frajdę i przyjemność. Zawsze też staram się, żeby rzeczy, które wrzucam do internetu miały jakąś wartość albo były przynajmniej przyjemne do przeczytania czy obejrzenia w momencie oderwania się na chwilę od pracy czy żeglugi po stronach internetowych. Dlatego też doszedłem do wniosku, że po wielu miesiącach prowadzenia bloga powinien wskoczyć on na kolejny poziom.

 

No i co teraz?

A poziomem tym jest wykorzystanie nowego kanału informacyjnego w celu dotarcia do was z moimi materiałami. W dobie internetu ...Boże jak ja nienawidzę tego zdania, co drugi marketingowy slogan, z którym miałem do czynienia w mojej poprzedniej pracy zaczynał się w ten sposób. No ale co zrobić, w dobie internetu jeśli dobrnąłeś do tego zdania znaczy, że nie jesteś przeciętnym odbiorcom internetu z pokolenia millenialsów. Setki i tysiące komunikatów, które docierają do nas każdego dnia wytworzyły już w nas barierę informacyjną. Jeśli coś nie zaciekawi nas w pierwszych dziesięciu sekundach zamykamy okno i klikamy dalej. Artykuły rzadko kiedy są dłuższe niż na kilka tysięcy znaków (maksymalnie jedna strona A4 zwykłą czcionką). Materiały wideo jeśli są dłuższe niż 10 minut skazane są na niepowodzenie. Nawet najwięksi świata mediów i najpopularniejsi z popularnych nie pozwalają sobie na przekazywanie swoim odbiorcom większej ilości informacji niż zmieści się w 5-7 minutowym przekazie wideo lub jednej stronie, najlepiej jeszcze z wypunktowaniami, żeby szybciej i łatwiej przykuć wzrok. Po marketingowemu nazywa się to Attention Span, po naszemu po prostu przykucie uwagi. Mając jednak świadomość, że tym przynudnawym tekstem robię wszystko, żeby stracić Twoją uwagę przestaję już smęcić i przechodzę do sedna.

 

Od czytanki do widowiska

Od ostatnich kilku tygodni przymierzam się do tego, żeby zacząć produkować bardziej ciekawe, spójne, konkretne i profesjonalne nagrania wideo. Czy oznacza to, że nie będę już pisał? Chyba nie. Wiele razy pisałem moje teksty na gorąco pod wpływem chwili. Materiału wideo w chwilę nie jestem w stanie zmontować, więc jeśli na szybko będę musiał przelać gdzieś swoje emocje to pewnie poczynię to w formie artykułu. Na pewno jednak moją energię i  wolny czas, który znajdę będę kierował w stronę relacji wideo. Tym samym, jeśli jesteś moim stałym czytelnikiem mam ogromną nadzieję, że również staniesz się moim stałym widzem i będziesz dalej kibicował mi w moim odkrywaniu Ameryki Łacińskiej. Poniżej znajdziesz kilka moich ostatnich nagrań. Jeśli chcesz być na bieżąco po prostu subskrybuj mój kanał klikając czerwony napis pod filmikiem na Youtube i już! Kiedy tylko pojawi się jakiś nowy film, który w pocie czoła zmontuję będzie Ci się on wyświetlał w sugestiach do obejrzenia. Pozdro Polska! Do zobaczenia!!!

   

Read more

Na środku osiedla, na którym się wychowałem jest plac zabaw. Na placu zabaw amfiteatr. Amfiteatr czadowy. Wiele razy kiedy tamtędy przechodziłem, tak w dzieciństwie jak i później zastanawiałem się ile fajnych rzeczy można by na nim przeprowadzić. Przez całe życie - a dożyłem już wieku Chrystusowego - widziałem tenże amfiteatr wykorzystywany zgodnie z przeznaczeniem może ze trzy razy. Dwa razy z okazji dnia dziecka, raz z okazji 700-lecia Bronowic. A że Bronowice obchodziły ten jubileusz w 1994 dobrze obrazuje to stopień wykorzystania obiektu. Piszę o tym ponieważ ten amfiteatr uświadomił mi największą różnicę jaką do tej pory zauważyłem między mieszkańcami Peru i Polski.

 

W dzielnicy Miraflores znajduje się całkiem przyjemny park, w którym ludzie spotykają się i oddają czynnościom typowo parkowym. Spacerują, jedzą lody, kupują pierdoły z okolicznych straganów. W parku tym znajduje się amfiteatr różniący się od mojego tym, że jest od niego jakieś cztery razy mniejszy. Różnica podstawowa polega jednak na tym, że w przeciwieństwie do bronowickiego ten jest w ciągłym użyciu. A raczej systematycznym. Każdego wieczora, którego zdarzyło mi się odwiedzić park z betonowego kręgu zawsze dobiegały mnie odgłosy śpiewu i muzyki. Za każdym razem prawie wszystkie miejsca w kole zajęte były przez lokalnych seniorów, którzy z uwagą i przyjemnością oddawali się słuchaniu śmiałków, mierzących się z kolejnymi piosenkami, albo tańczących w parach do Franka Sinatry. Słowo śmiałek nie do końca tu jednak pasuje. Śmiałek to na przykład ktoś, kto nie boi się stawić czoła publice, która będzie go oceniać. W Peru, nikt nie ocenia. Nikt z widowni nie komentuje nawet krzywym spojrzeniem jakości kolejnych wykonów. W ostatni weekend, kiedy moje spotkanie opóźniało się o ponad godzinę (tak, w Ameryce Łacińskiej czas faktycznie jest z gumy) zasiadłem w kole razem z dziadkami, żeby posłuchać repertuaru wieczora. Jako pierwszy występował chłopak, na oko lat dwadzieścia, w swojej interpretacji latynoskiej ballady miłosnej. Śpiewał tak źle, że niezależnie czy byłby to kawałek Shakiry czy Iglesiasa mam podstawy przypuszczać, że brzmiałoby to dokładnie tak samo. W trakcie arii młodziaka, rozglądałem się po publiczności, żeby policzyć ile spojrzeń pełnych politowania, ile ironicznych szturchnięć i ile telefonów skierowanych w jego stronę zobaczę. Nic. Nada. Wszyscy z sympatią oglądali występ kiwając melodyjnie głowami i od czasu do czasu klaszcząc w rytm muzyki. Amable. To słowo, którego nauczyłem się w pierwszym tygodniu pobytu w Limie tłumaczy się jako uprzejmy, miły, przyjazny. I większość osób, która miała ochotę dać mi się tutaj poznać taka właśnie jest. Już teraz wiem, że choć wolontariusze z którymi mieszkam są bardzo porządnymi dzieciakami, to jednak lokalsów będzie brakować mi najbardziej kiedy stąd wyjadę. Okej, ale na to przyjdzie jeszcze czas. Wracając do wątku głównego. Ludzie w Limie nie przejmują się konwenansami, bo nie muszą. Kilka osób, które spotkałem tutaj na swojej drodze pytało mnie czy lubię śpiewać. Powiedziałem, że nie bardzo bo śpiewam okropnie. W Peru ta odpowiedź nie ma sensu. Nie pytali mnie przecież czy umiem śpiewać, tylko czy lubię śpiewać. Wiele osób mówiło mi, że śpiewa. Zastanawiałem się więc jak to możliwe, że naród ten jest tak utalentowany muzycznie. Teraz widzę, że myliłem pojęcia. Podobnie zresztą jest z tańcem. Większość facetów tutaj powie Ci, że tańczy salsę albo raggaeton. Do momentu aż nie poszedłem z nimi do klubu myślałem, że trafiłem do zagłębia tańczących macho. Kiedy znaleźliśmy się na parkiecie okazało się, że umiejętności nie przewyższają tu znacznie tych prezentowanych w kraju nad Wisłą. Różnica polega głównie na tym, że aby ruszyć w tany nie potrzebują wypić wcześniej trzech setek i że są bardziej skorzy do tańca z dziewczynami niż z niewiadomo-przy-kim-tańczę-a-tak-się-bujam-sobie-po-prostu.

 

Podoba mi się tutaj. Bez wątpienia. Na zakończenie tej historyjki dodam jednak, że Peru nie jest rajem utraconym korpo ludka. Pewnie, foty które wrzucam (szczególnie ostatnio) są w większości miłe dla oka. Przez ostatnie dwa weekendy dane mi było trochę popodróżować. Lima sama w sobie nie jest jednak niestety miejscem przyjaznym i dobrym do życia. Miasto jest szare, ogromne, przepełnione i niebezpieczne. Na tysiąc osób amable, przypada jeden zły człowiek. Przy 9 milionowym mieście to nie tak mało. Chcę, żeby moja przygoda z Ameryką Łacińską trwała jeszcze długo, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę i radzę to również wszystkim, którzy planują odwiedzić ten kontynent, że na każdym kroku trzeba zachować czujność. Jeśli chcesz poznać wspaniałych ludzi ich zwyczaje i pojawić się w ich życiu na jakiś czas, musisz ciągle pamiętać o tym, że nie jesteś u siebie w domu, tylko na drugim końcu świata, na którym trawa jest bardziej zielona ale i chwasty kłują znacznie dotkliwiej.

Read more

Okej, ten post nie będzie o Peru. Bardziej o wolontariacie. Znowu może trochę trącić moralizatorstwem, ale jeśli macie chwile, to spróbujcie przebrnąć do puenty. A nuż będzie warta piątaka.

 

Dni w Peru różnią się od moich dni w Polsce praktycznie wszystkim. Są jednak chwile, w których pewne akcenty przypominają mi o rzeczach, które robiłem jeszcze nie tak dawno. Tak było dziś kiedy zamiast standardowej trasy rozklekotanym mikrobusem w kierunku sierocińców lub miasta na piasku, równie rozklekotaną taksówką udaliśmy się na EVENT. Liczne organizacje społeczne zebrały się w jednym miejscu, aby wysłuchać kilku prezentacji i zjeść kilka ciastek. Przysłowiowa łza napłynęła mi do oka, kiedy wolontariusze krzątali się witając gości, dopieszczając ułożenie cateringu i sprawdzając czy laptop na pewno jest dobrze podłączony i prezentacja na pewno się wyświetli. Ech, ileż to korpo eventów zaliczyłem zarówno po stronie organizatora jak i uczestnika. Z uwagą słuchałem więc prezentacji szczerej i zaangażowanej prezenterki. Z rozkoszą przycinałem komara na kolejnym wystąpieniu z piętnastoma bullet pointami na każdym slajdzie. Z politowaniem i zniesmaczeniem obserwowałem zakochanego w sobie czarodzieja - przepraszam coach'a - który porywał publikę oklepanymi numerami z klaskaniem w ręce i odpowiednią moderacją głosu niosącego banalny przekaz. Paulo Coehlo. Sorry, obejrzałem o jedną prezentację za dużo, żeby takie numery jeszcze mnie ekscytowały. Część innych wolontariuszy (no dobra, wolontariuszek, gości razem ze mną jest tu raptem trzech) wsłuchiwało się w wywód złotoustego. Kiedy zadał ćwiczenie do wykonania dziewczyny ochoczo zasiadły w kole, a ja z braku laku dołączyłem do nich. Zadaniem było narysowanie koła, a w nim emocji pozytynych. Radość, empatia, miłość, pewność siebie, spokój, empowerment (usamodzielnienie? uniezależnienie?), entuzjazm... każdej emocji należało określić jak dana emocja ważna jest w pracy. Jeden (1) oznacza, że dana emocja nie odgrywa roli, dziesięć (10), że wyznacza kierunek naszych działań. Jako, że akurat miałem w ręce markera zacząłem od najłatwiejszego, stawiając 8 przy pewności siebie. Zawsze jest pole do poprawy. W kolejnej ćwiartce znajdowała się miłość. Po sekundzie zastanowienia wstawiłem tam 2. W tym momencie znowu poczułem znajomy mi (z mojej niedanej wycieczki do Callao) ciężar spojrzeń na mnie. Tym razem nie niosły ze sobą nic poza zaskoczeniem. "What?! I think we should put 10 in there." Z pełnym spokojem (10), jak i pewnością siebie (7) dwudziestoletnia amerykanka poprawiła mój błąd. No tak, nie mówimy przecież o mojej byłej pracy. Jesteśmy na szkoleniu dla organizacji społecznych na rany Chrystusa! 8 lat korpo zrobiło swoje. Jakby się zastanowić, to i te 2 punkty, które przyporządkowałem miłości to i tak niezły wynik, co nie? Nigdy nie brałem pod uwagę, że miłość może w ogóle komukolwiek kiedykolwiek towarzyszyć w pracy. Spoko - flirt, romans... ale to chyba nie ta ścieżka. Hmmm, kurcze. Zdołałem wybrnąć z opresji tłumacząc się, że miałem na myśli moją poprzednią pracę, co przyczyniło się do zmiany spojrzeń ze zdziwionych na poniekąd współczujące (no, z jakieś 4 punkty).

Nie wiem jak się odnieść do tej historyjki. Czy w korpo jest miejsce na miłość? Eeeee, myślę, że uczciwość, empatia czy docenienie w zupełności wystarczą. Fajnie jednak wiedzieć, że są prace, w których ludzie stawiają miłość na pierwszym miejscu. Jak zajebisty wpływ musi to mieć na wszelkie problemy motywacyjno - ambicjonalne? Jak bardzo wpływa to na pozostałe emocje? Brak Ci radości? Brak spokoju? Okej, jak masz miłość to dasz radę. Wszystkim rodzicom zapewne nie raz zabraknie każdej z tych emocji, ale jeśli miłość mają na dziesiątkę to dadzą radę. Wciąż uważam, że wspomniany wyżej coach miłością największą (10) pałał do samego siebie, ale bądź co bądź udało mu się zasadzić w publice jakieś tam ziarno. Moje ziarno wykiełkowało w postaci tegoż oto posta. Divertirse!

PS: Wiem, miało być o dzielnicach i bezpieczeństwie w Peru, ale jak już to zapowiedziałem to mi przeszło. Czasem brakuje mi motywacji (6).

Read more

Ostatnio było trochę moralizatorsko, więc dziś dla odmiany będzie moralizatorsko. O ile w poprzedniej historii morału brak, o tyle w tej jest jeden i to bardzo prosty. "Słuchaj starszych i mądrzejszych", "nie pchaj się gdzie cię nie proszą", "nie kładź palca między drzwi"... dziesiątki sposobów powiedzenia tego samego - a puknij Ty się w główkę! Tą mantrę powtarzałem sobie, przez większość trasy, którą pięknego piątkowego popołudnia biegusiem przemierzałem dzielnicą Callao.

 
W pierwszym poście wspominałem o tym, że dom, w którym mieszkam znajduje się rzut beretem od oceanu. Bez większej przesady. Mapa pokazuje dokładnie 1,2km. Kogo bym nie spytał o ocean powtarzał mi jednak to samo. Na plażę to do Mirraflores, albo gdzieś poza Limę. Tutaj jest niebezpiecznie. Całkowicie bezpieczny miesiąc mojego pobytu w Limie jeśli nie uśpił to na pewno przytępił mój instynkt samozachowawczy. Moje dojrzałe wywody z poprzednich postów na temat niefrasobliwości amerykanek w supermarketach spowodowały, że poczułem jak głęboka mądrość życiowa wręcz się ze mnie wylewa. Kiedy więc wraz ze znajomymi udaliśmy się nad ocean do dzielnicy zarobasów - Miraflores uznałem, że spoko pomysłem będzie zrobienie sobie stamtąd przebieżki do domu brzegiem oceanu. Dystans niewielki - mas o menos* 10 kilometrów. Pogoda ładna. No to w drogę! Żeby nie było, że całkiem postradałem zmysły, w pierwszej kolejności pozbyłem się z kieszeń mamony oraz dóbr wszelakich i zaopatrzony jedynie w stary telefon i kilka peruwiańskich soles, czyli jakiegoś piątaka (akurat dla cwaniaka)** ruszyłem w drogę. Aby dostać się z Miraflores do dzielnicy San Miguel, w której mieszkam brzegiem oceanu, po drodze należy pokonać dzielnice San Isidro, Magdalena del Mar, La Perla i wreszcie Callao. Wiedziałem, że ostatnia dzielnica nie należy do bezpiecznych, no ale przecież! Biegam szybko, od morza do domu kilometr... po szybkiej kalkulacji uznałem, że przez pięć minut w jakie ten dystans pokonam o godzinie trzeciej popołudniu raczej nic złego mi się stać nie może. Kasy zresztą nie mam. Telefon dziadowski. Jak mnie ktoś tam wypatrzy to grzecznie go oddam, żeby zaoszczędzić sobie obicia mordy i po sprawie.  Po przemierzeniu dziewięciu dziesiątych dystansu morskim szlakiem nadszedł czas na pokonanie ostatniego odcinka. Na punkt wejścia z plaży w miasto obrałem sobie uliczkę, która wyróżniała się kolorowymi murami z tęczowym szyldem głoszącym tezę: Cristo mi Amigo.
 
5
 
Obecność Chrystusa na tej ulicy poczytałem jako dobry znak i nieco spokojniejszy pobiegłem dalej zostawiając za sobą szum fal i zdrowy rozsądek. Pierwsi ludzie na horyzoncie pojawili się jakieś 30 sekund później, po kolejnych 30 czując na sobie spojrzenia wszystkich przechodniów wiedziałem już, że nie jest to miejsce dla mnie. Miałem okazję odwiedzić w przeszłości ubogie części Azji jak choćby Kambodża gdzie poznałem uczucie ciężaru wzroku przechodniów. O ile w Kambodży czy Tajlandii spojrzenia mówiły: może uda mu się coś wcisnąć?  o tyle spojrzenia w Callao mówiły jedno: Debil? Spojrzenie dużego chłopa, który z zainteresowaniem przyglądał mi się odkąd pojawiłem się na horyzoncie zobaczyłem już długo przed tym zanim zacząłem się do niego zbliżać. On nie widział jednak mojego spojrzenia bo miałem na twarzy okulary przeciwsłoneczne. Ty matole... pomyślałem sam o sobie. Nie wziąłem ze sobą kasy ale wziąłem okulary, które wprawdzie ze 20 zyli ale i tak wołały do przechodniów - Jestem gringo i przyniosłem Ci na swym nosie prezent, biorąc go nie omieszkaj dać mi w ryj. Jak to zwykle z myślami bywa zdążyły one przelecieć przez mą głowę w ciągu kilku kroków, po których duży chłop zaczął kierować się w moją stronę wołając Amigo... (plus parę kolejnych słów po hiszpańsku niezrozumiałych dla mnie na moim średniawym poziomie A2). W momencie kiedy zaczął machać do mnie jedną ręką, a drugą stukając się po kieszeni zrobiłem zwrot o 180 stopni i wrzucając kolejny bieg czem prędzej pognałem znaleźć inną ścieżkę.  Oczywistym jest, że w Krakowie są dzielnie, które turyści o innym kolorze skóry powinni omijać szerokim łukiem. To co w Limie powoduje jednak, że szemrane dzielnice są dużo bardziej niebezpieczne to niemożność ucieczki. W Nowej Hucie, Kurdwanowie, Bieżanowie... wszędzie osiedla z wielkiej płyty oferują nieskończoną ilość psich alejek, trzepaków i placów zabaw, w których stronę można czmychnąć jeśli na horyzoncie pojawi się zagrożenie. W ubogich dzielnicach Limy jeśli wejdziesz w złą uliczkę, możesz albo brnąć do przodu, albo zawrócić. W niektórych zamkniętych osiedlach, jeśli w nie wejdziesz - jak w labiryncie, albo znajdziesz bramę z innej jego strony, albo wracasz tą samą drogą. W Callao wiedziałem już, że muszę wystrzegać się małych uliczek. Znalazłem ulicę główną, która na nieszczęście prowadziła w głąb dzielnicy i nią udałem się przed siebie z nadzieją szukając skrzyżowania, które dałoby mi możliwość skrętu w prawo w kierunku San Miguel. Okulary miałem już od dawna w kieszeni, starałem się więc patrzeć tylko przed siebie, żeby nie łapać z nikim kontaktu wzrokowego. Kontem oka widziałem jednak liczne głowy odprowadzające mnie spojrzeniami. Ostatni odcinek pokonałem pasem zieleni łączącym dwa pasy ruchu. Pasem, który równie dobrze mógłby zostać nazwany pasem psich kup. Uznałem jednak, że psia kupa to najmniejsze gówno w jakie w tym momencie mogłbym wdepnąć. Kiedy dobiegłem do łączącej dwie dzielnice ulicy La Marina i moim oczom ukazała się oszklona wieżyczka strażników osiedla odetchnąłem z ulgą.
 
Tak to jest koniec tej historii. Jako czytelnik wolałbym zdecydowanie, żeby pojawił się tu jakiś mrożący krew w żyłach akcent. Nie wiem. Gangsterzy strzelający mi po piętach, albo ziomki goniące mnie na zdezelowanych rowerach. Jako uczestnik zdarzeń dziękuję jednak Chrystusowi mojemu przyjacielowi, który tak jak powitał mnie w Callao kolorową tęczą tak pozwolił mi się z niego wydostać bez szwanku. Kto nie ma w głowie ten ma w nogach? Peru mi świadkiem, że tak.
 
* mniej więcej
* no proszę was... "Chłopaki nie płaczą"... klasyka gatunku!
 
PS:
Mrożąca krew w żyłach historia wydarzyła się niestety w tymże Callao dokładnie dzień po moim joggingu. Kilometr dalej o godzinie 19tej doszło do strzelaniny, w której dwóch motocyklistów wykonało wyrok na dwóch innych gangsterach jadących w samochodzie. Wszyscy uczestnicy zdarzenia mieli około 20 lat, motocykliści nie byli zamaskowani.
PSS:
Dla równowagi w kolejnym poście postaram się napisać dlaczego dzielnica San Miguel, w której mieszkam jest bezpieczna i dlaczego włos mi tu z głowy nie spadnie, oraz na jakiej zasadzie funkcjonują tutaj poszczególne dzielnice i policja.
 
 

Read more

Zanim zdecydowałem się na ekspatriację do Peru najpierw odrobiłem zadanie domowe. Przestudiowałem filmy promujące miejsca, które brałem pod uwagę pod kątem wolontariatu. Peru, Ekwador, Kolumbia... w każdym z nagrań uczestnicy wcześniejszych programów opowiadali o swoich przeżyciach i wrażeniach. W każdym nagraniu na pytanie co jest najlepsze w przygodzie, na którą się zdecydowali wszystkie pytane osoby odpowiadały w ten sam sposób - ludzie.

Po niespełna miesiącu od mojego przybycia mogę z przekonaniem potwierdzić te słowa. Ludzie są zdecydowanie najciekawszą, najlepszą, najbardziej edukującą częścią tej przygody. Mieszkając w domu w innymi wolontariuszami, mam to szczęście, że poznaję tu osoby z najróżniejszych środowisk, z najróżniejszymi doświadczeniami i historiami. W domu średnio co dwa tygodnie pojawiają się nowi mieszkańcy. Jeśli dodać do tego lokalsów, których garść miałem okazję już poznać oraz osoby z którymi zamieniłem kilka słów podczas podróży robi się z tego pokaźna grupa. Grupa osób, z których każda uczy mnie czegoś nowego o świecie, relacjach i o podejściu do różnych spraw.

Ostatnie trzy dni spędziłem w Huaraz, miejscowości, będącej punktem wypadowym w Kordylierze Białej do miejsc znajdujących się na wysokości +4000 metrów nad poziomem morza. I choć widoki, które tam zobaczyłem rzeczywiście warte były tysiąca lajków, to jednak rzeczą, która najbardziej zapadnie mi w pamięci było poznanie dwóch gości z Izraela. Chłopaków, którzy po zakończeniu obowiązkowej dwuletniej służby wojskowej ruszyli na wyprawę po Ameryce Południowej.

CHŁOPCY Z PLACU BRONI

Choć zwykle to ja zagaduję nieznajomych w hostelach lub na trasie, w tym przypadku mój towarzysz podróży Michael zagaił rozmowę. Po standardowym zapytaniu 'so, where are you guys from?' i równie standardowym (dla młodocianych Amerykanów) 'no way, that's awesoome!!!' wiedzieliśmy już, że pochodzą z Izreala. Kilka zdań później wiedzieliśmy również, że niedawno zdjęli kamasze i ruszyli w świat. Michael rozkręcił się z pytaniami, i jak na dwudziestolatka przystało nie szczególnie zastanawiał się nad ich subtelnością. Bardziej niż pytanie 'czy byli na wojnie' zaskoczyła mnie odpowiedź twierdząca. Z jednej strony dziwnym nie jest. Stary kontynent ostatnimi czasy do szczególnie spokojnych nie należy. Z drugiej... kurcze... nie spotkałem jeszcze w swoim szczęśliwym życiu nikogo kto byłby na wojnie... na dodatek jakieś 10 lat młodszego ode mnie. Obaj goście służyli na dwóch frontach. W Gazie oraz Syrii. Obaj brali czynny udział w walkach. Obaj widzieli zbliżające się w ich stronę rakiety. Obaj na wojnie stracili znajomych. Michael drążył dalej. 'It's bullshit, man. The war is just bullshit. US starta the war, and you need to fight in it... that's such a bullshit!' Choć intencje były dobre, na moje oko młody Amerykanin trochę za bardzo rozkręcał się w swoim pacyfizmie. Przypomniały mi się Forrest Gump i konfrontacja żołnierzy powracających z frontu i dzieci kwiatów protestujących przeciw wojnie w Wietnamie. 'We don't have any other choice. We don't have any place to go'. Pierwszy z dwóch Izraelczyków z imponującym spokojem podsumował sprawę. Drugi, słabo znający angielski (a może nie chcący angażować się w dyskusję), od czasu do czasu rzucał kilka słów w stronę kolegi. Dało się odczuć, że kwestia konfliktu na bliskim wschodzie nie jest najlepszym tematem na zabicie czasu w drodze na szczyt. Podczas całej rozmowy nie odezwałem się ani słowem. Nie mam w tej kwestii nic mądrego do powiedzenia. Wymiana zdań nie trwała wiele dłużej niż przeczytanie tego posta. Zapadnie mi jednak na długo w pamięci. Kolesie mieli pecha, że urodzili się w tej części świata, w której oddają część swojej młodości wojnie. Wojnie, która nie ma perspektyw na rychłe zakończenie. Mieli jednak na tyle dużo szczęścia, że po oddaniu jej dwóch lat życia, mogli wrócić do bycia młodymi na nowo. Jeżdżenia po świecie, zdobywania szczytów w Białej Kordylierze i poznawania przypadkiem napotykanych Polaków i Amerykanów.

 

Read more

Wolontariat, na którym jest mi dane się znaleźć oferuje różnorakie formy zaangażowania. Chętne osoby mogą więc w wybrać program w zależności od swoich umiejętności i możliwości. Najpopularniejszy program to Special Care, o którym pisałem wcześniej, czyli praca w sierocińcach dla niepełnosprawnych i mocno upośledzonych dzieci. Kolejny program to Childcare, podczas którego żeńska cześć wolontariuszy odwiedza ośrodek dla wykorzystywanych dziewcząt. Miejsce, do którego tymczasowo trafiają młode dziewczyny, które z różnorakich dla własnego bezpieczeństwa nie powinny znajdować się gdzie indziej. Jest tam międzyinnymi czternastoletnia dziewczynka z rocznym dzieckiem. Wiem to tylko z opowieści, bo z oczywistych względów program ten przeznaczony jest jedynie dla kobiet. Faceci z kolei w ramach tego równoległego programu odwiedzają dom dziecka, w którym mniej więcej na 2 godziny muszą wcielić się w rolę męskiego autorytetu dla chmary dzieciaków w wieku od 2 do 15 lat. W ośrodku nie ma bowiem żadnych mężczyzn pośród kadry opiekunów. Programem, który chwilowo cieszy się niestety małym powodzeniem jest English Teaching Program, czyli nauczanie języka angielskiego ubogą młodzież w odległym miasteczku zwanym Nuevo Pachacutec. No właśnie. Pachacutec.

 
O ile w przypadku sierocińca i domu specjalnej opieki wiedziałem czego się spodziewać, o tyle pierwsza podróż do Pachacutec była dla mnie sporym zaskoczeniem. Trudno podać mi konkretne dane bo informacje od lokalsów różnią się znacznie od mocno ograniczonej i niepotwierdzonej wiedzy wujka google'a. Nie wiem więc czy żyje tam 160, 200 czy 500 tysięcy osób. Niezależnie jednak od tego jaka to liczba, ludzie Ci, żyją w okropnych warunkach w mieście zbudowanym na piasku. Miasto powstało (chyba) zaledwie dwadzieścia lat temu na pustynnych wzgórzach tuż przy oceanie. Zaludnione zostało głównie przez osoby ubogie, które nie stać było na życie w dużym mieście. Władze zgodziły się na darmowe zaludnienie tych terenów pozbywając się tym samym problemu ubogich i bezdomnych ze stolicy. Ludzie ci osiedlili więc tereny na których nie było dosłownie nic. Jeśli jednak samemu nie ma się nic... Mimo, że miasto znajduje się rzut beretem od oceanu, to jednak nikt tych plaż nie odwiedza. Może  to kwestia pory roku? Nie wiem. W Nuevo Pachacutec praktycznie wszystkie 'domy' to pozbijane z kilku desek chatki. Chatki, których na horyzoncie jest tysiące. Albo dziesiątki tysięcy. Bezkres. Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu. Ha! Mickiewicz miałby o czym pisać. Autobus, który wjeżdża do miasta jedzie jeszcze przez 15 minut, zanim dowiezie nas do szkoły (na szczęście zbudowanej z cegieł), a krajobraz prowizorycznych domków wydaje się nie mieć końca. Naturalnym problemem tego miasteczka, który poczułem zaraz po wyjściu z autobusu jest całkowity brak roślinności i wszechogarniający ziemia, piach i niesiony wiatrem pył. W mieście najbardziej deficytowym towarem jest woda, dlatego nie uświadczy się jej nigdzie w szkole, w tym w szkolnych ubikacjach. Aromat unoszący się w toaletach nie różnił się jednak niczym od tego, który pamiętam z wczesnych lat podstawówki. Dzieci lat osiemdziesiątych pamiętają :) Kto by pomyślał, że kiblowe zapachy pozwolą mi odbyć podróż sentymentalną do lat młodzieńczych. Okazuje się też, że w języku angielskim jest specjalny zwrot na tak specyficzne miasteczko. Shantytown a deprived area on the outskirts of a town consisting of large numbers of crude dwellings. Google tłumaczy to po prostu jako "podejrzane miasteczko". O uczniach w Nuevo Pachacutec i autobusach, które dowożą nas do Nuevo Pachacutec napiszę w kolejnych postach, bo jest to temat na osobną historię. Tymczasem wrzucam poniżej kilka zdjęć piaskowej okolicy, oraz link do profilu Polaka, który w Peru 'operuje' już od  dłużego czasu i temat faweli zna z pierwszej ręki. Sam bowiem zdecydował się w nich zamieszkać.

Read more

Z końca świata słów kila zamieszam tu. Może żeby było sprawniej, korporacyjnym zwyczajem najważniejsze rzeczy spiszę w punktach, które i tak nie-korporacyjnym zwyczajem będą mocno rozwlekłe i rozlazłe. Przeto:

WOLONTARIUSZE:

Fakt, że za wybrany przeze mnie wolontariat się płaci (niewiele, biorąc pod uwagę, że zapewniony mam wikt i opierunek, ale wciąż) powoduje, że jest on jednak wybierany przez ludzi z krajów pierwszego świata. Oznacza to, że 90% dzieciaków tutaj (średnia wieku 18-25) pochodzi ze Stanów, Kanady, Australii czy Nowej Zelandii. W 90% są też to dziewczyny (facetów razem ze mną jest trzech). Fakt tego, że osoby te pochodzą z bogatych sąsiedztw (każdy z amerykanów ma ajfona 6tkę) uzasadnia te wszystkie ostrzeżenia na temat bezpieczeństwa jakich naczytałem się przed wyjazdem. Są po prostu tak uroczo nieświadome, że aż proszą się żeby je okraść. Szczebioczą w zatłoczonych autobusach, a z kieszeni ich bluz z kapturem z nazwą koledżu wystają smartfony, które można wyciągnąć jednym palcem. Wszędzie jeżdżą taksówkami i boją zapuścić się dalej niż 100 metrów od domu. Co drugie zdanie jakie wypowiadają to 'Are you excited about ...' w miejsce kropek wstawić cokolwiek. "I am going to park now. - Oh, are you excited about that?" "I am going for a run now. - Cool, are you excited about that?" Czekam, aż zapytają się mnie czy jestem podekscytowany tym, że idę do toalety postawić klocka. Ich radość i entuzjazm jest tak przerysowany, że aż irytujący. Większość czasu czuję się jakbym znajdował się w jakimś amerykańskim serialu dla nastolatków. Z drugiej strony - nie można im mieć tego za złe. Wychowały się w totalnie innej rzeczywistości, a fakt że tu przyjechały i tak świadczy o nich całkiem nieźle.

OKOLICA:

Cóż, nie jest to Ameryka Południowa jaką można wyobrażać sobie siedząc nad Wisłą. Miasto jest przeogromne (choć zobaczyłem zalewie jego promil), zanieczyszczone i każda z tysiąca ulic, skrzyżowań, mikro parków i sklepików wygląda identycznie. Trochę jak Kambodża tylko z chłodniejszym klimatem i bez tuk-tuków i motorynek. Pierwszego dnia taksówką odwiedziliśmy bogatą dzielnię Miraflores, która znajduje się jakieś 10km stąd i rzeczywiście standard życia wygląda tam zupełnie inaczej. Nie jest to europejski high life, ale jak na kryteria kraju trzeciego świata - na bogato. W moją dzielnię za bardzo się jeszcze nie zapuszczam. Zrobiłem wczoraj rekonesans wzdłuż jednej ulicy i kilku większych przecznic, ale ponieważ nikomu nie chciało się ruszyć tyłka ze mną nie zagłębiałem się sam za daleko. Ocean jest ponoć 20 minut piechotą od mojego domu, ale wszyscy powtarzają, że jest tam niebezpieczenie więc nikt nie chce się tam ze mną iść. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być niebezpieczeni o godzinie 15tej, bez telefonu w kieszeni, idąc w towarzystwie innego grino, przerastając o głowę większość męskiej populacji tutaj, no ale cóż. Może z czasem uda mi się przekonać innych chłopów do wyjścia z domu.

LOKALSI:

Wiele powiedzieć nie mogę póki co bo poznałem dopiero Tifany (przez jedno F), która jest koordynatorką naszego projektu i kilka osób w sierocińcach. No właśnie - Tifany. To jest chyba kompleks krajów trzeciego świata Ameryki Południowej, aby nazywać swoje dzieci tak durnymi amerykańskimi imionami. Dziewczyna, która wygląda jak indianka wyciągnięta z amazońskiej dżungli nosząca imię Tifany. W sierocińcu dzieciak o imieniu John i Eric. Zabawne jest również to, że pytają mnie na przykład w jakim języku mówi się w Polsce i czy jest to angielski, albo nazwę Polski wymawiają jako Polandia, a jednocześnie kojarzą, że z mojego kraju pochodzi Podolski i Lewandowski.

DZIECIAKI:

Sierocińce, w których pracujemy jak można się było domyślać nie są miejscem dla osób z nadmiernym poziomem wrażliwości. Dzieciaki w sierocińcach zazwyczaj nie mają lekkiego życia, ale te tutaj mają dość mocno przejebane. W sierocińcu jest ich około 110 i 90 procent z nich ma stopień niepełnosprawności uniemożliwiający komunikację z nimi. Wszystkie dzieciaki są w podobnym stopniu niepełnosprawne, każdy jednak ma swoje specyficzne zachowania, które go wyróżniają. Eric bez przerwy biega. Bez przerwy. Zatrzymuje się tylko po to, żeby podnieść coś z ziemi i włożyć coś do buzi. Będąc z nim na spacerze dwie osoby muszą bez przerwy mieć go na oku, żeby nie wbiegł na jezdnię, albo nie podniósł z ziemi psiej kupy. Sekunda nieuwagi i na pewno stanie się jedna z powyższych rzeczy. Chłopak na oko ma 8 lat. Zero kontaktu. Ronaldinho trafił do sierocińca wczoraj, czyli dzień po mnie. Jest niewidomy, mały jak 5 latek choć lat ma dwa razy tyle. Siedzi na wózku i wygląda jak małpka na baterie. Bez przerwy klaszcze w ręce kiwa się na boki i trzęsie głową. Dziś na terapii zajęciowej razem z psychologiem sprawdzaliśmy jego reakcję na różne bodźce. Okazało się że po położeniu go na hamaku i przy intensywnym huśtaniu zaczął śmiać się jak dziki. Pierwszy mały sukces. Pierwszy raz udało się go rozbawić odkąd się tu znalazł. No i to są właśnie te spoko rzeczy, po których wszyscy, którzy trafią w takie miejsce czują, że to jest miejsce w którym powinni się znaleźć. A to dopiero dwójka z ponad setki. I jestem tu dopiero dwa dni. Jest dziewczynka, która podchodzi do wszystkich i wszystkim każe się obejmować. Bez przerwy. Zbiera ludzi w koło i każe się wszystkim na raz ściskać. Jest inna, którą nazywają 'monkey'. Nie bez powodu. Jest rozmiarów małej małpki i jeśli się zagapisz wchodzi na ciebie jak na drzewo i zawiesza się tak, że trzeba ją z siebie odrywać. Smutne jest to że wszystkie te dzieciaki zdają się nie mieć pojęcia co się w okół nich dzieje, są jak we mgle, w innym świecie. Są też smutniejsze przypadki. Jest dziewczynka, poskręcana jak cała reszta, ale jako nieliczna kuma wszystko co się do niej mówi i jest stanie odpowiedzieć. To jest chyba najgorsze. Znaleźć się w miejscu gdzie wszyscy są odklejeni od rzeczywistości, a ty jedna jesteś 'normalna'. Z tymi dzieciakami mamy do czynienia rano, po południu dwa razy w tygodniu chodzimy z kolei do normalnego sierocińca. Dla wolontariuszy to już jest pozornie czysta przyjemność. Stado dzieciaków, które obłapuje Cię z każdej strony, z którym możesz porozmawiać, możesz się pobawić. Jedyny problem jest taki, że kiedy przychodzi czas wyjścia dzieciaki nie chcą Cię stamtąd wypuścić. Nie są to miejsca dla osób za bardzo wrażliwych. Jeśli jednak wyłączy się emocje, albo przynajmniej włączy pewien filtr, to na prawdę można zrobić tu trochę dobrego i zyskać też sporo samemu.

Read more