Ostatnio było trochę moralizatorsko, więc dziś dla odmiany będzie moralizatorsko. O ile w poprzedniej historii morału brak, o tyle w tej jest jeden i to bardzo prosty. „Słuchaj starszych i mądrzejszych”, „nie pchaj się gdzie cię nie proszą”, „nie kładź palca między drzwi„… dziesiątki sposobów powiedzenia tego samego – a puknij Ty się w główkę! Tą mantrę powtarzałem sobie, przez większość trasy, którą pięknego piątkowego popołudnia biegusiem przemierzałem dzielnicą Callao.

 

W pierwszym poście wspominałem o tym, że dom, w którym mieszkam znajduje się rzut beretem od oceanu. Bez większej przesady. Mapa pokazuje dokładnie 1,2km. Kogo bym nie spytał o ocean powtarzał mi jednak to samo. Na plażę to do Mirraflores, albo gdzieś poza Limę. Tutaj jest niebezpiecznie. Całkowicie bezpieczny miesiąc mojego pobytu w Limie jeśli nie uśpił to na pewno przytępił mój instynkt samozachowawczy. Moje dojrzałe wywody z poprzednich postów na temat niefrasobliwości amerykanek w supermarketach spowodowały, że poczułem jak głęboka mądrość życiowa wręcz się ze mnie wylewa. Kiedy więc wraz ze znajomymi udaliśmy się nad ocean do dzielnicy zarobasów – Miraflores uznałem, że spoko pomysłem będzie zrobienie sobie stamtąd przebieżki do domu brzegiem oceanu. Dystans niewielki – mas o menos* 10 kilometrów. Pogoda ładna. No to w drogę! Żeby nie było, że całkiem postradałem zmysły, w pierwszej kolejności pozbyłem się z kieszeń mamony oraz dóbr wszelakich i zaopatrzony jedynie w stary telefon i kilka peruwiańskich soles, czyli jakiegoś piątaka (akurat dla cwaniaka)** ruszyłem w drogę. Aby dostać się z Miraflores do dzielnicy San Miguel, w której mieszkam brzegiem oceanu, po drodze należy pokonać dzielnice San Isidro, Magdalena del Mar, La Perla i wreszcie Callao. Wiedziałem, że ostatnia dzielnica nie należy do bezpiecznych, no ale przecież! Biegam szybko, od morza do domu kilometr… po szybkiej kalkulacji uznałem, że przez pięć minut w jakie ten dystans pokonam o godzinie trzeciej popołudniu raczej nic złego mi się stać nie może. Kasy zresztą nie mam. Telefon dziadowski. Jak mnie ktoś tam wypatrzy to grzecznie go oddam, żeby zaoszczędzić sobie obicia mordy i po sprawie.  Po przemierzeniu dziewięciu dziesiątych dystansu morskim szlakiem nadszedł czas na pokonanie ostatniego odcinka. Na punkt wejścia z plaży w miasto obrałem sobie uliczkę, która wyróżniała się kolorowymi murami z tęczowym szyldem głoszącym tezę: Cristo mi Amigo.

 

5

 

Obecność Chrystusa na tej ulicy poczytałem jako dobry znak i nieco spokojniejszy pobiegłem dalej zostawiając za sobą szum fal i zdrowy rozsądek. Pierwsi ludzie na horyzoncie pojawili się jakieś 30 sekund później, po kolejnych 30 czując na sobie spojrzenia wszystkich przechodniów wiedziałem już, że nie jest to miejsce dla mnie. Miałem okazję odwiedzić w przeszłości ubogie części Azji jak choćby Kambodża gdzie poznałem uczucie ciężaru wzroku przechodniów. O ile w Kambodży czy Tajlandii spojrzenia mówiły: może uda mu się coś wcisnąć?  o tyle spojrzenia w Callao mówiły jedno: Debil? Spojrzenie dużego chłopa, który z zainteresowaniem przyglądał mi się odkąd pojawiłem się na horyzoncie zobaczyłem już długo przed tym zanim zacząłem się do niego zbliżać. On nie widział jednak mojego spojrzenia bo miałem na twarzy okulary przeciwsłoneczne. Ty matole… pomyślałem sam o sobie. Nie wziąłem ze sobą kasy ale wziąłem okulary, które wprawdzie ze 20 zyli ale i tak wołały do przechodniów – Jestem gringo i przyniosłem Ci na swym nosie prezent, biorąc go nie omieszkaj dać mi w ryj. Jak to zwykle z myślami bywa zdążyły one przelecieć przez mą głowę w ciągu kilku kroków, po których duży chłop zaczął kierować się w moją stronę wołając Amigo… (plus parę kolejnych słów po hiszpańsku niezrozumiałych dla mnie na moim średniawym poziomie A2). W momencie kiedy zaczął machać do mnie jedną ręką, a drugą stukając się po kieszeni zrobiłem zwrot o 180 stopni i wrzucając kolejny bieg czem prędzej pognałem znaleźć inną ścieżkę.  Oczywistym jest, że w Krakowie są dzielnie, które turyści o innym kolorze skóry powinni omijać szerokim łukiem. To co w Limie powoduje jednak, że szemrane dzielnice są dużo bardziej niebezpieczne to niemożność ucieczki. W Nowej Hucie, Kurdwanowie, Bieżanowie… wszędzie osiedla z wielkiej płyty oferują nieskończoną ilość psich alejek, trzepaków i placów zabaw, w których stronę można czmychnąć jeśli na horyzoncie pojawi się zagrożenie. W ubogich dzielnicach Limy jeśli wejdziesz w złą uliczkę, możesz albo brnąć do przodu, albo zawrócić. W niektórych zamkniętych osiedlach, jeśli w nie wejdziesz – jak w labiryncie, albo znajdziesz bramę z innej jego strony, albo wracasz tą samą drogą. W Callao wiedziałem już, że muszę wystrzegać się małych uliczek. Znalazłem ulicę główną, która na nieszczęście prowadziła w głąb dzielnicy i nią udałem się przed siebie z nadzieją szukając skrzyżowania, które dałoby mi możliwość skrętu w prawo w kierunku San Miguel. Okulary miałem już od dawna w kieszeni, starałem się więc patrzeć tylko przed siebie, żeby nie łapać z nikim kontaktu wzrokowego. Kontem oka widziałem jednak liczne głowy odprowadzające mnie spojrzeniami. Ostatni odcinek pokonałem pasem zieleni łączącym dwa pasy ruchu. Pasem, który równie dobrze mógłby zostać nazwany pasem psich kup. Uznałem jednak, że psia kupa to najmniejsze gówno w jakie w tym momencie mogłbym wdepnąć. Kiedy dobiegłem do łączącej dwie dzielnice ulicy La Marina i moim oczom ukazała się oszklona wieżyczka strażników osiedla odetchnąłem z ulgą.

 

Tak to jest koniec tej historii. Jako czytelnik wolałbym zdecydowanie, żeby pojawił się tu jakiś mrożący krew w żyłach akcent. Nie wiem. Gangsterzy strzelający mi po piętach, albo ziomki goniące mnie na zdezelowanych rowerach. Jako uczestnik zdarzeń dziękuję jednak Chrystusowi mojemu przyjacielowi, który tak jak powitał mnie w Callao kolorową tęczą tak pozwolił mi się z niego wydostać bez szwanku. Kto nie ma w głowie ten ma w nogach? Peru mi świadkiem, że tak.

 

* mniej więcej
* no proszę was… „Chłopaki nie płaczą”… klasyka gatunku!

 

PS:
Mrożąca krew w żyłach historia wydarzyła się niestety w tymże Callao dokładnie dzień po moim joggingu. Kilometr dalej o godzinie 19tej doszło do strzelaniny, w której dwóch motocyklistów wykonało wyrok na dwóch innych gangsterach jadących w samochodzie. Wszyscy uczestnicy zdarzenia mieli około 20 lat, motocykliści nie byli zamaskowani.
PSS:
Dla równowagi w kolejnym poście postaram się napisać dlaczego dzielnica San Miguel, w której mieszkam jest bezpieczna i dlaczego włos mi tu z głowy nie spadnie, oraz na jakiej zasadzie funkcjonują tutaj poszczególne dzielnice i policja.

 

 

Leave a Reply