Jeśli boska opatrzność i pomoc Anioła Stróża działałyby na zasadzie punktów za dobre uczynki, to mój kredyt w owym dniu zostałby wyczerpany. Nic nie zapowiadało, że druga niedziela w tym europejsko bezpiecznym mieście wzbudzi u mnie stan tak wysokiego ryzyka. Na poziomie znacznie wyższym niż ten, który czasem towarzyszył mi w Peru.

 

Bliska mi osoba, którą poznałem w Limie przyleciała w delegacji do Bogoty na kilka dni więc postanowiliśmy się spotkać i odwiedzić razem miejsca z pierwszych stron Trip Advisora. O pierwszej po południu miałem dotrzeć do hotelu, którego adres wraz z wytycznymi map Googla dostałem Fejsbukiem i odczytałem na swoim telefonie. Proste jak budowa cepa. Moja małoletnia siostrzenica poradziłaby sobie z tym wyzwaniem jednocześnie snapczatując ze swoimi przyjaciółkami i oglądając nowe wideo ulubionego Jutubera. Autobusem wybrałem się więc we wskazanym kierunku – Parque Metropolitano Tercer Milenio. Wysiadłem jakieś dwa przystanki wcześniej widząc brak większych nadziei na to żeby bus przedarł się przez zakorkowane ulice szybciej niż ja sam. Po przejściu kilku kroków w oczy rzucił mi się obraz, który dzień wcześniej obiecywałem sobie omijać z daleka. Podczas sobotniego Free Walking Tour po Bogocie, przewodnik wskazał nam galerię handlową, a raczej tandetę mówiąc jednocześnie, że zaraz nią znajduje się dzielnica określana jako Bronx. Jeśli chcecie stracić pieniądze i telefon udajcie się w tamtym kierunku. Żarcik godny free walking przewodnika. Echh, co zrobić, nie wybierałem się ZA ale OBOK. Na mapie googla park wyglądał przyzwoicie. Z odległości kilkudziesięciu metrów z której na niego spoglądałem zastanawiając się nad sytuacją również wyglądał całkiem schludnie. Zielona trawka, niebieskie niebo. Widok sielski w porównaniu do szarej, suchej i zakurzonej Limy. Doświadczenia z Callao, wskazówki przewodnika jak i koordynatorów wolontariatu z Bogoty nauczyły mnie już, żeby w takich sytuacjach w Ameryce Południowej zachować szczególną ostrożność. Nie trzeba było jednak Sherlocka, aby powiedzieć że park ten zdominowany jest przez meneli i drobnych cwaniaków, a zamiast zakochanych par dostrzec tam można pary przechadzających się Policjantów. Mariii… na rany Chrystusa, co to za firma, która wysyła Cię na delegację w takie miejsce?! Zanim zdecydowałem się wyjąć z kieszeni telefon i sprawdzić dokładnie miejsce, w którym znajdował się hotel zrobiłem jakieś trzy rundki po parkowych alejkach aby w końcu usiąść w zapyziałej kawiarence, w której poza mną przy stoliku obok siedziało sześciu policjantów. Okej, bezpieczniejszego miejsca niż to nie znajdę. Mimo obecności ‚władzy’, kiedy zacząłem spoglądać na smartfona dwóch ćpunów zaczęło krążyć bliżej mnie, mrucząc coś pod nosem. Mari, weź taksówkę. Nie zapuszczę się w te rejony. Czekam na Ciebie w parku. Słowa rozsądku wystukałem w komunikatorze i wysłałem drogą satelitarną do lokum znajdującego się jakieś 300 metrów dalej. Po chwili jednak brak zrozumienia ze strony odbiorczyni wiadomości jak również moje cholerne męskie ego skłoniło mnie do podjęcia próby pokonania tej ‚zielonej mili’. Szybkim krokiem udałem się w róg parku, za którym znajdować się miał Bronx. Ja pierdolę Mari, ja pierdolę, ja pier… byłem cholernie zły i zdenerwowany. Na siebie, na nią, na siebie, na siebie, na siebie. Gdzie ja się kurwa pakuję! Okolica wyglądała na prawdę źle. Byłem coraz bardziej zdenerwowany bo miałem pełną świadomość, że robię coś bardzo, ale to bardzo głupiego. O ile w parku spotkać można było jeszcze jakichś normalnych ludzi, o tyle na jego skraju i po drugiej stronie ulicy widać było już wyłącznie osoby, z których każda jedna niosła ze sobą wysoki poziom ryzyka. Od hotelu dzieliło mnie jakieś 100 metrów. W tym momencie poczułem się jak śmiałek, który porwał się na Mount Everest i kilkaset metrów od szczytu zaczyna miotać się między rozsądkiem i ambicją. Po drugiej stronie ulicy poza mętami zobaczyłem jednak dwóch mundurowych. Okej, jest checkpoint. Do nich dojdę. Zbliżając się z każdym moim śpiesznym krokiem okoliczne męty zaczynały odkrywać moją obecność i wykazywać zainteresowanie moją osobą. Żołnierze zauważyli mnie z daleka i spoglądali ze zdziwieniem w moim kierunku. Żołnierze. Policja została w Parku będącym niepisaną granicą ich działań porządkowych. Kiedy doszedłem do zasieków z drutu kolczastego i zapytałem czy jest tutaj hotel wskazując palcem budynek jakieś 30 metrów obok, znałem odpowiedź zanim skończyłem zadawać to debilne pytanie. W tym zapomnianym przez Boga miejscu z pewnością znajduje się wiele rzeczy, które do Bogoty przywieźli ze sobą obcokrajowcy, ale noga turysty, a tym bardziej pracownika w delegacji nie stanęła tym miejscu od dziesiątek lat. Zombieland. Przysięgam. Żołnierze stali po mojej prawej ręce pilnując jak mi się wydawało jakiegoś państwowego gmachu. Kilkadziesiąt kroków przede mną otworem stały wrota Bronksu. Wrota choć niewidzialne łatwo można było zauważyć. Od pewnego miejsca na ulicy, na której stałem leżeli ludzie, rozwaleni na kartonach, pośród śmieci i wszechogarniającego syfu. Powodem, dla którego udało mi się oddalić od tego okropnego miejsca bez szwanku nie był fakt, że pilnowali go uzbrojeni po zęby militarni. Myślę, że jeśli coś zaczęłoby się dziać oni dalej stali by na posterunku, pilnując żeby osoby z getta nie rozpierzchły się poza jego granice. Powodem było to, że okoliczni mieszkańcy zachowywali się jak prawdziwi zombie. Wszyscy w większym lub mniejszym stopniu pod wpływem bazuco, czyli największego gówna jaki można sobie wyobrazić, z pośród substancji odurzających. Słowa gówno, nie używam w tym przypadku jako wulgaryzmu, ale jako faktycznej nazwy opisującej tą substancję. Bazuco to ekstrement. Osad pozostały po rafinacji kokainy zmieszany zwykle z wszystkim co jest pod ręką. Gliną, sodą kaustyczną, siarką, talkiem, detergentami, a nawet zmielonymi kośćmi zwierzęcymi. Narkotyk, którego jednym z efektów jest totalny brak zmęczenia i łaknienia. Osoba która bierze bazuco, może nie spać przez 4-5 dni i nie odczuwać głodu. Przydatna umiejętność dla ludzi mieszkających na ulicy. Bazuco ma jeszcze jedną charakterystyczną właściwość. Smaży mózg. Bazuco jest jednym z najsilniej uzależniających psychotropów. W ciągu mojego pierwszego tygodnia w Bogocie trzy dni spędziłem z bezdomnymi, z których każdy uzależniony był od tego łajna. Widziałem więc z bliska jak wyglądają i jak zachowują się osoby, które zgubiły się w jego sidłach. Przekleństwem bazuco w Bogocie jest jego cena i dostępność. O ile kokaina ze względu na swoją wysoką cenę jest narkotykiem ‚młodych, wykształconych z wielkich miast’ o tyle bazuco dostać można za dniówkę zbieracza makulatury. Działka w przeliczeniu na nowe polskie kosztuje jakieś 3-4 PLNy. Trzy, cztery złote polskie nowe… Wracając do wrót Bronksu, od których planowałem oddalić się w tempie ekspresowym to co pozwalało mi odnaleźć szczątki spokoju to fakt, że mieszkańcy slamsu odurzeni i zniewoleni przez bazuco poruszali się na tyle wolno i chaotycznie, że znajdując się od nich w odległości 5 metrów w każdym momencie byłbym w stanie uciec jeśli, któryś z nich zdecydowałby się do mnie zbliżyć. Kiedy oddaliłem się od tego przeklętego miejsca na odległość kilkudziesięciu kroków i za moimi plecami na jezdni dzielącej park od Bronksu zaczął rozlegać się hałas klaksonów. Trzy, pięć, piętnaście. Wszystkie auta połączyły się w desperackim hałasie. Po drugiej stronie jezdni dwóch gości trzymało chłopaka i przy akompaniamencie trąbienia opróżniali kieszenie i zdzierali plecak z jego pleców. Nie przyglądałem się za długo tej scenie, bo czułem, że chwila nieuwagi i sam będę szamotał się jak ten biedak. Skierowawszy się z powrotem w stronę parku zobaczyłem dwóch policjantów, którzy zaczęli biec w stronę wydarzenia. Bandyci zauważywszy ich jednak zawczasu skierowali się szybko w stronę wrót Bronksu. Policjanci widząc to zatrzymali się przy okradzionym chłopaku nie myśląc nawet o przekroczeniu niewidzialnej granicy. Wróciwszy do zapyziałej kawiarenki, w której kilkanaście minut wcześniej dokonałem złego wyboru wyjąłem telefon żeby skontaktować się z Mari.

 

 
Jesteś w złym parku. Hotel jest przy Parque de la 93.

 

Jezus Maria. To żart? Złowieszczy chichot technologii. Nie wiem jak to możliwe, ale obie elektroniczne mapy, których użyłem, zarówno google maps jak i aplikacja Maps.Me wyprowadziły mnie na manowce. Wklepany adres był właściwy, miejsce na mapie zupełnie nie. Hotel do którego miałem dotrzeć znajdował się 10 kilometrów dalej, przy uroczym Parque de la 93, w dzielnicy w której zaledwie dwie noce wcześniej sączyłem mojito przekraczające mój dzienny budżet przy akompaniamencie zespołu grającego kubańską salsę. Jezus Maria. Kiedy wsiadłem do pierwszej lepszej taksówki, do której wskoczyłem na najbliższej ulicy kilka chwil później praktycznie rozpłynąłem się w fotelu pasażera. Nie ważne gdzie, nie ważne za ile, jedźmy stąd daleko i jedźmy stąd natychmiast.

 

Peru jest ubogie. I niebezpieczne. Bogota jednak ma swoje, znacznie większe problemy, które władzom udało się sprawnie zamieść pod dywan. A dokładnie zamieść do Bronksu. O ile w Peru w kraju panuje bieda, a w polityce wybór jest między dżumą a cholerą (…)*, o tyle Kolumbia wciąż zmaga się z niekończącą się wojną wewnętrzną z organizacjami terrorystycznymi. W Peru bieda i przestępczość rozdystrybuowana jest na dość szerokim obszarze. Jeśli będziesz miał pecha telefon stracisz w dobrej dzielnicy, a ze złej przy odrobinie szczęścia wyjdziesz bez szwanku. W Bogocie w dobrych dzielnicach możesz czuć się jak u siebie w domu. Jeśli jednak zapuścisz się do niebezpiecznych miejsc, nie ma ludzkiej możliwości, żebyś wyszedł z nich cały i zdrowy. Ja dotarłem jedynie do wrót bagna, ale jeśli z jakichś powodów dostałbym się do środka, po kilku minutach zostałbym w najlepszym wypadku obrabowany. Bogota ma więcej problemów niż Peru tylko radzi sobie z nimi zupełnie inaczej. Po tygodniu w Bogocie mam wrażenie, że odkryłem już najlepsze i najgorsze rzeczy jakie to miasto ma do zaoferowania. Na brak wrażeń narzekać nie mogę. Myślę, że nie będę miał nic przeciwko, jeśli drugi tydzień mojego pobytu tutaj upłynie już w bardziej spokojny sposób. Muszę w końcu zdążyć odbudować swój kredyt bezpieczeństwa i dać na chwilę odpocząć mojemu Aniołowi Stróżowi.

 

* Wciąż znajduję się po ‚tej’ stronie oceanu więc o niektórych rzeczach wolę pisać powściągliwie. Najlepszym jednak podsumowaniem peruwiańskiego stanu rzeczy jest fakt, że najwyżej w notowaniach w zbliżających się wyborach prezydenckich plasuje się kandydatka, której ojciec był prezydentem Peru w latach 1990-2000, a obecnie odsiaduje wyrok 25 lat więzienia za łamanie praw człowieka, zabójstwa opozycjonistów i korupcję.

 

Leave a Reply